Recenzja gry I Hate This Place: survival horror, który zachwyca i frustruje

Mikołaj Czerwiński
7 minut czytania

Rzadko zdarza mi się gra, która tak natychmiastowo kupuje mnie oprawą, a potem tak konsekwentnie frustruje mnie mechaniką. I Hate This Place studia Rock Square Thunder to izometryczny survival horror oparty na crafcie, osadzony w przeklętej krainie pełnej wypaczonej rzeczywistości i koszmarnych stworów. Bazuje na komiksie Kyle’a Starksa i Artyoma Topilina, i tę komiksową duszę oddaje wręcz wzorowo. Szkoda tylko, że pod tą znakomitą powierzchnią kryje się gra, która potrzebowała jeszcze sporo szlifu.

Elena, Rogaty Człowiek i przeklęte ranczo

Wcielamy się w Elenę Rutherford, która wraca do rodzinnego domostwa, by zbadać zniknięcie matki. Rytuał idzie nie tak, przyjaciółka Eleny zostaje porwana przez wyznawców Rogatego Człowieka — bóstwa czczonego i budzącego grozę wśród miejscowych — a okolicę zaczynają przemierzać potwory. Od tego momentu historia rozwija się w coś znacznie większego: odkrywamy dziwaczne kulty, potworne eksperymenty i własne powiązania z tym miejscem.

Fabuła autentycznie mnie wciągnęła. Nie znam komiksu, ale z tego co udało mi się ustalić, gra opowiada własną historię osadzoną w tym samym uniwersum, i robi to dobrze. Dokumenty, graffiti na ścianach, ciała i zadania poboczne z duchami — gdzie wchodzisz w portale i próbujesz odkryć, co spotkało nawiedzającą dane miejsce zjawę — składają się na świat, który jest niepokojący nawet wtedy, gdy technicznie nic się nie dzieje. Te historie duchów dostępne nocą były jednym z moich ulubionych elementów całej gry.

Komiks, który ożył

Największym atutem I Hate This Place jest oprawa. Gra znakomicie oddaje styl komiksu — śmiałe kolory, wyraziste kreski i te charakterystyczne dźwięki wyskakujące na ekranie jako „łup”, „chrup”, „bang”. To rozwiązanie, które nie tylko wygląda świetnie, ale też pełni funkcję gameplayową, bo gra opiera się na dźwięku. Klimat lat osiemdziesiątych jest tu wyczuwalny w każdym calu, a syntezatorowa ścieżka dźwiękowa idealnie buduje ten niepokojący nastrój.

Cykl dnia i nocy diametralnie zmienia doświadczenie. Dzień to jedyne chwile względnej normalności — i trwają zaledwie kilka godzin gry. Noc to czysta energia „nienawidzę tego miejsca”: pojawia się więcej wrogów, są silniejsi i agresywniejsi, a latarka ledwo rozświetla mrok. Zwykle najlepszą opcją jest dobiec do łóżka i przespać do rana, bo inaczej czułem się naprawdę nieswojo. To dobrze zaprojektowana pętla napięcia.

Ranczo Rutherford służy za główną bazę i wprowadza lekkie elementy budowania — produkcję wody, drewna, złomu i uprawę warzyw do gotowania. Mapa świata, choć niewielka, jest znakomicie wykonana i sprawia wrażenie prawdziwie przeklętej, ale żywej lokacji. Punkty zapisu w postaci telewizorów wtapiają się w otoczenie, a łódki umożliwiają szybką podróż między nimi.

Gdzie zaczynają się problemy

I tu, niestety, muszę zejść z tonu zachwytu. Największym problemem gry jest system skradania, który po prostu nie działa tak, jak powinien. Teoretycznie większość wrogów jest ślepa i poluje wyłącznie po dźwięku. W praktyce sztuczna inteligencja zdaje się znać moją pozycję przez cały czas. Rzuciłem granat pod nogi przeciwnika, eksplodował, a wróg natychmiast ruszył prosto na mnie zamiast w stronę hałasu. Zwabiłem przeciwników w jedno miejsce, przekradłem się po drugiej stronie ściany na palcach — i i tak odwracali się w moją stronę. To fundamentalny problem w grze, która buduje całą swoją mechanikę wokół dźwięku.

Walka to druga bolączka. Broń palna nie sprawia satysfakcji, a wrogowie są gąbkami na obrażenia. Pierwszy przeciwnik, którego musiałem pokonać strzelbą, wchłonął kilka strzałów po tym, jak trafiłem go już bombą-gwoździówką. Amunicja jest droga, więc walka, która bywa nieunikniona, zamienia się w mozół. Pistolet jest niemal bezużyteczny — zanim podejdziesz na tyle blisko, żeby trafić, zostajesz złapany i zaczynasz obrywać. Sterowanie jest przy tym niezgrabne, a walka wręcz jeszcze bardziej.

Brak możliwości zmiany przypisania klawiszy to kolejna irytacja — domyślny układ dałoby się poprawić, a gra na to nie pozwala ani na klawiaturze, ani na padzie. Do tego dochodzi niemal całkowity brak samouczka. Spędziłem dobre czterdzieści minut zagubiony w pierwszym bunkrze, nie wiedząc, jak kucać, craftować czy co robią moje menu.

Craft, który staje się zbędny

Ironią jest to, że survivalowy rdzeń gry sam się podkopuje. Zasoby szybko stają się nadmiarowe, co czyni cały system craftingu i budowania w dużej mierze zbędnym w tej i tak dość krótkiej, pięcio- do dziesięciogodzinnej przygodzie. Pasek głodu istnieje, ale najadłem się zupy warzywnej tak, że przestał być jakimkolwiek zagrożeniem. Chodziłem obwieszony bandażami jak egipska mumia. Gdy odblokujesz craft amunicji, zabawa zamienia się w bezmyślne czekanie na cykle produkcji, żeby potem ruszyć na wrogów jak Rambo. Baza jest fajnym dodatkiem, ale ma niewielki realny wpływ na rozgrywkę.

Zakończenie również rozczarowuje. Po budowaniu napięcia w stronę wielkiej konfrontacji, finał wydaje się nagły, wybory płytkie, a błędy w końcowej sekwencji dodatkowo psują wrażenie. Do tego dochodzą problemy techniczne — niekiedy nieodtwarzające się kwestie dialogowe, rozjazd między napisami a mową, zadania psujące się po ukończeniu, sporadyczne spadki płynności nawet na mocnym sprzęcie oraz różnorodność wrogów sprowadzająca się w gruncie rzeczy do trzech szablonów: kultysta, jeleń i pająk.

Czy warto zagrać w I Hate This Place?

I Hate This Place to gra, którą naprawdę chciałem pokochać — i po części pokochałem. Komiksowa oprawa jest znakomita, klimat lat osiemdziesiątych wzorowy, ścieżka dźwiękowa buduje autentyczny niepokój, a fabuła i budowa świata przez cały czas trzymały mnie przy ekranie. Nocne historie duchów, dopracowana mapa i ogólny nastrój przeklętej krainy to elementy, które robią wrażenie.

Problem w tym, że mechanicznie gra kuleje w kluczowych miejscach. Zepsute skradanie w grze opartej na dźwięku, gąbczaści wrogowie, niezgrabna walka, brak samouczka, brak zmiany klawiszy, zbędny system craftingu i rozczarowujący finał to zbyt wiele, by przymknąć na to oko przy pełnej cenie, która i tak wydaje mi się za wysoka. To gra, która sprawia wrażenie renowacji domu porzuconej tuż przed położeniem listew przypodłogowych — świetna wizja, niedokończone wykonanie.

Mimo wszystko bawiłem się dobrze i wierzę, że wiele z tych problemów da się załatać. Jeśli cenisz survival horror stawiający na atmosferę, eksplorację i historię ponad wyzwaniem, i jesteś gotów tolerować chropowatości — warto rozważyć zakup, ale zdecydowanie na przecenie i najlepiej po kolejnych aktualizacjach.

Ocena: 7/10

Podziel się tym artykułem
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *