Formula Legends – gra dla fanów historii wyścigów

Mikołaj Czerwiński
4 minut czytania

Nie da się ukryć – Formula Legends to gra, która na pierwszy rzut oka wygląda jak spełnienie marzeń fana wyścigów single-seater. Od złotej ery lat 60. po współczesność, przejazd przez kolejne dekady motorsportu pachnie nostalgią i pasją. Każda epoka to inne bolidy, inne układy torów i inne wyzwania. Brzmi pięknie, prawda? I faktycznie – jest w tym sporo magii. Ale po kilku dniach spędzonych z tym tytułem mam mieszane uczucia.

Z jednej strony: uwielbiam, jak gra dba o detale historyczne. „Nie-F1” kierowcy z zabawnymi nazwiskami w stylu Hans Troll czy Malf Shoemaker wywołują uśmiech, a przy okazji każdy samochód, choć w wersji miniaturowej, ma wiernie odwzorowane elementy techniczne. V10 z lat 2000 brzmi obłędnie, tory zmieniają się wraz z dekadami, a pit-stopy wymagają szybkich reakcji w formie mini-gierki. Do tego dochodzą strategie oparte na zużyciu paliwa, opon i pogodzie. To wszystko sprawia, że gra faktycznie balansuje między symulacją a arcade, dając coś świeżego dla fana motorsportu.

Z drugiej strony – jazda. I tutaj robi się kłopotliwie. Sterowanie na padzie przypomina mi stare czasy PlayStation, gdy zamiast analoga używało się krzyżaka. Samochód reaguje dziwnie wolno, a mikroregulacje są praktycznie niemożliwe. W efekcie często lądujemy na krawężniku albo łapiemy karę za ścięcie zakrętu, mimo że robimy wszystko zgodnie z zasadami. Po kilku godzinach zaczyna to „klikać”, szczególnie w nowszych bolidach, gdzie trakcja jest lepiej wyczuwalna. Ale początki? Frustrujące jak pierwsze podejście do toru w Art of Rally.

AI rywali to kolejna loteria. Raz zdarzyło mi się zdublować całą stawkę na normalnym poziomie, by w kolejnym wyścigu nie móc dogonić nawet końcówki. To nie jest naturalne stopniowanie trudności, bardziej chaos w balansie. Co ciekawe, im lepiej sam radziłem sobie z opanowaniem sterowania, tym mniej uciążliwe stawało się AI. Widać, że gra wymaga cierpliwości i wejścia w jej logikę, a nie odwrotnie.

Czy warto więc się przemęczyć? Dla fanów historii wyścigów – zdecydowanie. Gra potrafi nagrodzić wytrwałość. Jazda po wersji „retro” Spa z belami słomy czy odblokowanie nowych kierowców poprzez długie sezony daje satysfakcję. Do tego cena jest przyjazna, a zawartości sporo: ponad 30 bolidów, 60 kierowców, kilkanaście tras i system kariery oparty na dekadach.

Ale muszę być szczery: nie jest to tytuł dla każdego. Jeśli ktoś oczekuje płynnego, intuicyjnego modelu jazdy jak w F1 24 albo bardziej przystępnych wyścigów w stylu Circuit Superstars, może się odbić. Formula Legends to gra, która wymaga cierpliwości, testowania i pogodzenia się z archaicznym sterowaniem. W zamian oferuje klimat, autentyczność i poczucie podróży przez historię motorsportu.

Po kilku dniach grania czuję satysfakcję, ale też lekkie zmęczenie. To trochę jak stary klasyk kina – trzeba włożyć wysiłek, żeby go docenić, ale potem zostaje w pamięci na długo. Ja bawiłem się dobrze, choć kilka razy miałem ochotę rzucić padem.

Plusy:

  • genialny klimat historyczny i dbałość o detale,
  • duża zawartość w niskiej cenie,
  • system pit-stopów i strategii dodaje głębi,
  • świetne audio, zwłaszcza bolidy z lat 2000.

Minusy:

  • dziwaczne sterowanie, wymagające przyzwyczajenia,
  • nierówne AI i balans trudności,
  • brak trybu multiplayer (przynajmniej na start).

Podsumowując – poleciłbym Formula Legends fanom historii motorsportu, którzy lubią wyzwania i są gotowi przymknąć oko na niedoskonałości techniczne. Jeśli natomiast ktoś szuka czystej radości z jazdy od pierwszej minuty, lepiej niech sięgnie po coś innego.

Ja sam czuję się oczarowany, ale też trochę poobijany – jak po trudnym, ale satysfakcjonującym wyścigu.

Podziel się tym artykułem
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *