Hell Clock – czas gra przeciwko tobie

Mikołaj Czerwiński
4 minut czytania

Rogue Snail ma już doświadczenie w robieniu gier z duszą. Ich poprzednie Relic Hunters Legend było kolorowe, lekkie i nastawione na akcję. Hell Clock to zupełnie inna bestia – mroczniejsza, bardziej dojrzała i bezlitośnie trudna. Po kilku dniach spędzonych w piekle z Pajeú, zegarmistrzem i rewolwerowcem z początku XX wieku, mogę śmiało powiedzieć jedno: ten zegar naprawdę tyka.

Akcja gry toczy się w 1903 roku w Brazylii, niedługo po masakrze w Canudos – prawdziwym wydarzeniu historycznym, które pochłonęło tysiące istnień. Twórcy nie boją się wplatać religijnych i politycznych motywów w swoją historię. To dodaje ciężaru, jakiego rzadko doświadczamy w roguelite’ach. Nawet jeśli część wątków historycznych może umknąć, klimat miejsca i język portugalski robią swoje. Słychać pot, kurz i echo modlitw wśród huku strzałów.

Piekło z zegarem w tle

Sama rozgrywka przypomina mieszankę Diablo i Hadesa, tylko z jednym wyjątkowym twistem – zegarem. Hell Clock dosłownie odlicza twój czas w piekle. Masz tylko kilka minut, by oczyścić piętra, pokonać bossów i dotrzeć do portalu dalej. Kiedy czas się skończy – koniec runu. Bez względu na to, czy jesteś w połowie walki, czy tuż przed skrzynką pełną łupów.

Brzmi brutalnie, ale działa zaskakująco dobrze. Ta presja czasu sprawia, że gra nabiera rytmu i adrenaliny, jakiego nie czułem od dawna. Zwykle w roguelike’ach gram zachowawczo, szukając sekretów. Tu nie ma na to czasu – dosłownie. Każda sekunda to decyzja: walczyć, czy biec dalej? I właśnie to napięcie tworzy magię Hell Clocka.

Mechanika i rozwój

System rozwoju jest świetnie przemyślany. Po każdym zejściu w piekło zbieramy dusze, które można wymieniać na ulepszenia – więcej czasu, silniejsze ataki, czy możliwość pomijania pięter. Różnicę widać od razu. Twórcy doskonale wiedzą, jak dawkować progres. Nie czujesz się ani za słaby, ani przesadnie potężny – zawsze jesteś o włos od katastrofy, ale to właśnie napędza zabawę.

Do tego dochodzi system reliktów i umiejętności. Można wymieniać nawet podstawowe akcje, jak dash czy atak, na coś zupełnie innego – spowolnienie czasu albo gigantyczny dzwon, który miażdży demony. Każda nowa kombinacja potrafi zmienić styl gry, co daje ogromną regrywalność.

Wizualnie i technicznie

Gra wygląda jak ożywiony komiks – ciemna paleta barw, ostre kontury, i animacje, które przypominają Darkest Dungeon, tylko bardziej płynne. Co ważne, nawet przy dużej liczbie przeciwników wszystko działa płynnie. Zero spadków FPS, zero błędów, a to dziś rzadkość.

Muzyka? Świetna. Mieszanka rytmów latynoskich i niepokojących chórów. Idealna do strzelania w rytm tykającego zegara.

Minusów też nie brakuje

Pierwszy boss to żart – ginie w kilka sekund, jeśli odpowiednio się ulepszymy. Po paru godzinach zaczyna też pojawiać się monotonia – pewne piętra i przeciwnicy powtarzają się zbyt często. Ale wtedy przychodzi nowy akt, nowe biomy, nowe dźwięki i wszystko znów nabiera świeżości.

Ascension Mode to wisienka na torcie – tryb dla masochistów, w którym tracisz wszystko i zaczynasz od zera, z trudnością ustawioną jak w Dark Souls.

Czy warto?

Zdecydowanie tak. Hell Clock to nie kolejny roguelite, tylko gra, która zmusza do myślenia o czasie – o tym, jak go wykorzystujesz i jak łatwo można go stracić. Wciąga, wkurza i nagradza jednocześnie.

W porównaniu do Hadesa, Hell Clock jest bardziej surowy i mniej widowiskowy, ale też bardziej „uczciwy” – każdy sukces jest w pełni zasłużony.

Po kilku dniach z tą grą czuję się, jakbym przeszedł kurs cierpliwości i panowania nad stresem. A zegar nadal tyka.

Plusy:

  • genialna mechanika zegara
  • świetna progresja i balans trudności
  • mocny klimat i muzyka
  • autentyczność brazylijskiego settingu

Minusy:
– powtarzalność niektórych pięter
– nierówni bossowie

Hell Clock można kupić na Steamie za 74,99 złotych.

Podziel się tym artykułem
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *