Recenzja: Anima Gate of Memories I&II Remaster

Albert Wójcik
5 minut czytania

Kiedy wraca się do gry, którą zna się sprzed lat, zawsze jest pewien strach. Czy to będzie faktycznie remaster, czy tylko nowa naklejka na starej okładce. Po kilku dniach z Anima Gate of Memories I&II Remaster mogę powiedzieć jedno. To powrót, który wciąga szybciej, niż człowiek zdąży przypomnieć sobie, gdzie odłożył pada.

Już od pierwszych minut czuć, że twórcy naprawdę odświeżyli ten świat. Nie ma tu rewolucji, ale jest solidna robota, która poprawia rzeczy, z którymi kiedyś gracz walczył bardziej niż z bossami. I wreszcie można skupić się na tym, co w Anima jest najważniejsze. Na klimacie, historii i tym specyficznym miksie akcji, lore i baśniowej mroczności.

Warto zacząć od oprawy. Nowe tekstury robią dużą różnicę. Lokacje wyglądają jak odkurzone i poukładane przez kogoś, kto lubi tę serię z takim samym uporem, jak ja lubię przeglądać stare save’y. Modele postaci mają przyjemniejsze cieniowanie, a oświetlenie wreszcie dodaje głębi. To nie jest remake, nadal widać, że korzenie są starsze, ale wygląda to o klasę lepiej. Zdarzają się animacje, które wyglądają jak relikt minionej epoki i brak synchronizacji ust trochę psuje scenki, jednak ogólny efekt jest znacznie bardziej współczesny.

Tak naprawdę największa zmiana nie tkwi w tym, co widać, ale w tym, co czuć pod palcami. Tutoriale i UI zostały przeprojektowane tak, by nie przypominały już egzaminu z cierpliwości. Kamera zachowuje się sensowniej, a sterowanie nie wywołuje już tego charakterystycznego westchnienia, kiedy postać robi krok w bok, choć chciało się iść prosto. Nadal jest w ruchu trochę toporności, ale to już raczej drobna cecha, nie problem.

A sama walka. To tutaj Anima nadal błyszczy. Dynamiczne przełączanie się między Bearer a Ergo daje ten przyjemny, taktyczny twist. Jasne, to nie poziom Devil May Cry albo Nier Automata. System jest prostszy, mniej techniczny, ale nadal wyjątkowo satysfakcjonujący. Zwłaszcza kiedy wchodzi dłuższa kombinacja, a przeciwnik ląduje na ziemi, zanim zdąży się zastanowić, co poszło nie tak.

Fabularnie seria wciąż jest tym, czym była. Mityczna, tajemnicza, pełna niedopowiedzeń i ukrytych znaczeń. To nie jest gra, która prowadzi za rękę. Czasem aż za bardzo. Momentami brakuje wskazówek, a gracz może czuć się, jakby ktoś wyrzucił go do lasu z mapą, na której ktoś zgubił pół ikon. Ale dla kogoś, kto lubi eksplorację i odkrywanie na własnych zasadach, to raczej atut niż wada.

Po stronie dźwięku jest nierówno. Muzyka nadal robi ogromne wrażenie. Tworzy ten charakterystyczny, oniryczny klimat, który trudno pomylić z czymkolwiek innym. Niestety voice acting, zwłaszcza w The Nameless Chronicles, zostaje daleko z tyłu. Lepiej grać z dystansem niż usiłować traktować wszystkie dialogi całkowicie poważnie.

W porównaniu z innymi action RPG, zwłaszcza takimi z większym budżetem, Anima nadal jest skromniejsza, ale nadrabia sercem. To świat, który czuć. To projekt, który ktoś dopieszczał z miłością, nie tylko kalkulatorem. I to przekłada się na przyjemność z gry, nawet jeśli nie wszystko jest idealne.

Jak się czuję po ukończeniu remastera obu części, mimo że znam je na pamięć. Zaskakująco dobrze. To takie uczucie, jak wrócić do znajomego miejsca, które w międzyczasie odmalowano i postawiono wygodniejszy fotel. Nadal pamiętasz, gdzie skrzypią schody, ale i tak wchodzisz z uśmiechem.

Czy polecam. Tak. Zwłaszcza jeśli lubisz gry z klimatem, dobrą muzyką i historią, która nie boi się być ambitna. Nie licz jednak na pełne prowadzenie za rękę ani hollywoodzką jakość animacji. To gra, która wymaga wejścia w jej rytm. A kiedy już wejdziesz, nagradza bardzo hojnie.

Największa korzyść tego remastera jest prosta. Wreszcie można poznać dwie świetne gry w formie, która nie walczy z graczem, tylko z nim współpracuje. I to wystarczy, by Anima Gate of Memories I&II Remaster była jedną z najlepszych odświeżonych niespodzianek ostatnich lat.

Podziel się tym artykułem
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *