Nie przepadam za grami typu bullet heaven. Serio. Te wszystkie produkcje, gdzie ekran tonie w lawinie przeciwników i kolorowych efektów, najczęściej przypominają mi o tym, że moje oczy i refleks mają już najlepsze lata za sobą. A jednak… z jakiegoś powodu włączyłem Rhythm Storm. I nie mogłem przestać.
Na pierwszy rzut oka to typowy przedstawiciel gatunku – wybierasz pojazd, wpadasz na planszę, ulepszasz broń, przeżywasz kolejne fale przeciwników. Niby wszystko znane, a jednak – coś tu mocno gra. I to dosłownie.
Neonowa czysta przyjemność


Pierwsze, co rzuca się w oczy (a raczej wali po oczach), to grafika. Wszystko tu jest zrobione z samych linii i wielokątów, bez tekstur. Brzmi sucho? A wygląda jak kosmiczny rave. Serio, jeśli masz monitor OLED lub chociaż 1440p z 120 Hz, to szykuj się na wizualne fajerwerki. Animacje są gładziutkie, wybuchy wręcz hipnotyzujące, a ekran mieni się jakby ktoś odpalił Daft Punk w shaderze.
Gra nie jest przy tym czystym chaosem. Wzory ataków i poruszania się przeciwników są rytmiczne. Wszystko, poza tobą, porusza się w takt muzyki. I to właśnie ten rytm sprawia, że w tym szaleństwie da się odnaleźć metodę. Czujesz się jakbyś tańczył z kulami.
Nie jesteś DJ-em, ale jesteś czołgiem

Twój pojazd strzela automatycznie (choć możesz przejąć kontrolę), a twoje zadanie to unikać, zbierać power-upy i używać specjalnych zdolności. Brzmi prosto – ale wymaga skupienia. Gra nie wybacza. Zginiesz wiele razy, często w mniej niż minutę.
Najbardziej podoba mi się to, że Rhythm Storm nie zachęca do typowego circle-strafingu. Wręcz przeciwnie – przeciwnicy pojawiają się dookoła gracza, więc trzeba myśleć o trasie, nie tylko o unikach. Mała zmiana, a robi wielką różnicę.
Broń, którą czujesz


Do wyboru masz masę pojazdów z różnymi zestawami broni – od klasycznych minigunów po… plazmowy bicz. Serio. I to ten bicz został moim faworytem. Wszystko działa na prostym systemie ulepszeń, który jednak daje sporo satysfakcji. Trochę szkoda, że rozwój meta (czyli za punkty zdobywane po runach) zaczyna się szybko dłużyć – po ósmym ulepszeniu trzeba naprawdę długo grindować, żeby zdobyć kolejne. Zwłaszcza że wyższe poziomy trudności nie nagradzają nas proporcjonalnie większą liczbą punktów Spark.
Muzyka, która trzyma przy życiu

Soundtrack? Petarda. Żadnych oklepanych synthwave’ów – mamy tu prawdziwe elektroniczne mięso: deep tech, progresywny house, rytmiczne bity, które idealnie pasują do tempa rozgrywki. Kiedy ekran płonie, a ty ledwo zipiesz, ta muzyka nie tylko cię nie dobija – ona cię ratuje. Kilka razy złapałem się na tym, że kiwam głową, mimo że w grze był totalny chaos.
Czy warto?

Jeśli lubisz gry w stylu Vampire Survivors, Geometry Wars albo po prostu chcesz się oderwać od rzeczywistości w neonie i techno, to kupuj bez wahania. Gra nie jest idealna – brakuje większej różnorodności poziomów i bossów, a progresja mogłaby być mniej grindująca – ale zabawa? Jest świetna.
Dla mnie Rhythm Storm to nie bullet heaven. To neonowy parkiet, na którym tańczę, strzelając do wszystkiego, co się rusza. I chociaż regularnie dostaję w ciry, wracam. Bo chcę jeszcze jeden utwór. Jeszcze jeden run. Jeszcze jeden taniec z kulami.