Order of the Sinking Star – recenzja. Ponad tysiąc zagadek i żadnej taryfy ulgowej

Najbardziej irytujące w dobrej grze logicznej jest to, że rozwiązanie często leży tuż przed nosem. Przesuwasz ten sam przedmiot na pięć różnych sposobów, kombinujesz z ustawieniem postaci, zaczynasz podejrzewać, że coś przeoczyłeś. W końcu wpadasz na banalny pomysł, wykonujesz trzy ruchy i okazuje się, że właśnie straciłeś dwadzieścia minut na problem, który można było rozwiązać w kilkanaście sekund.
Order of the Sinking Star jest pełne takich sytuacji. I właśnie dlatego trudno przestać o nim myśleć.
Nowa produkcja studia Thekla, kierowanego przez Jonathana Blowa, twórcę Braid i The Witness, ukazała się 8 października 2026 roku. Na PC, PlayStation 5 i Nintendo Switch 2 trafiła gra, która nie próbuje zdobyć zainteresowania efektowną walką czy rozbudowanym systemem rozwoju postaci. Zamiast tego oferuje ponad tysiąc ręcznie przygotowanych łamigłówek i zakłada, że sama przyjemność ich rozwiązywania wystarczy, żeby zatrzymać gracza na dziesiątki, a nawet setki godzin.
To ogromna ambicja. Chwilami wręcz przesadna.
Cztery światy, cztery sposoby myślenia
Podstawą zabawy jest mechanika znana z Sokobana, czyli przesuwanie obiektów po planszy i szukanie sposobu na dotarcie do celu. Brzmi niepozornie, ale Order of the Sinking Star szybko pokazuje, jak wiele można wyciągnąć z tak prostego założenia.

Gra dzieli się na cztery główne krainy, a każda wprowadza własne zasady. W Heroes of Hauling sterujemy bohaterami o różnych zdolnościach. Jeden potrafi popychać przedmioty, drugi je przyciągać, a jeszcze inny zamieniać się miejscami z obiektami lub postaciami. Samo ustawienie skrzyni na odpowiednim polu to dopiero początek. Trzeba jeszcze ustalić, kto powinien wykonać dany ruch i w jakiej kolejności.
The Mirror Isles wykorzystuje lustra, które pozwalają przenosić się w miejsce własnego odbicia. Początkowo brzmi to jak zwykła teleportacja, ale z czasem pojawiają się możliwości przesuwania obiektów przez lustra, a nawet tworzenia kopii postaci. Gra zaczyna wtedy bawić się nie tylko położeniem elementów, lecz także naszym rozumieniem przestrzeni.

Skipping Stones to Lonely Homes skupia się na kamieniach ślizgających się po wodzie i liściach lilii, które umożliwiają przemieszczanie się między fragmentami planszy. Z kolei zachodnia kraina związana z Beamcasters opiera się na kolorowych wiązkach energii, klejnotach i urządzeniach wymagających odpowiedniego zasilania.

Każdy z tych pomysłów mógłby stanowić podstawę osobnej gry. Co ważne, nie są one przypadkowymi dodatkami. Poszczególne zestawy zagadek rozwijają mechaniki stopniowo, ucząc kolejnych zależności bez ciągłego wyświetlania instrukcji.
Prawdziwie imponujące rzeczy zaczynają się jednak wtedy, gdy te światy przestają funkcjonować osobno.
Kiedy znane zasady zaczynają się mieszać
W pewnym momencie Order of the Sinking Star zaczyna łączyć mechaniki z różnych krain. Bohaterowie współpracują z lustrami, kamienie pomagają przemieszczać przedmioty potrzebne do uruchamiania urządzeń, a rozwiązanie jednej zagadki wymaga zrozumienia zasad poznanych wiele godzin wcześniej.

I właśnie tutaj najlepiej widać, ile pracy włożono w projektowanie plansz.
Nie chodzi o samo dokładanie kolejnych przeszkód. Twórcy wykorzystują dobrze znane reguły w nowych sytuacjach, zmuszając do porzucenia przyzwyczajeń. Coś, co przez kilkanaście etapów wydawało się oczywiste, nagle można zastosować zupełnie inaczej.
Podoba mi się ta filozofia projektowania. Gra nie potrzebuje nieustannie nowych przedmiotów i umiejętności, żeby zaskakiwać. Wystarczy, że zmieni kontekst tych już poznanych.
Ważną rolę odgrywa też możliwość cofania ruchów. Można sprawdzić ryzykowny pomysł, zobaczyć jego konsekwencje i wrócić do wcześniejszego ustawienia bez rozpoczynania całej zagadki od nowa. To drobiazg, ale przy tak skomplikowanych łamigłówkach absolutnie niezbędny.

Są jednak sytuacje, w których gra przesadnie przywiązuje się do jednego zamierzonego rozwiązania. Wykorzystanie mechaniki w pomysłowy, nietypowy sposób nie zawsze wystarcza do zaliczenia planszy. Bywa to rozczarowujące, szczególnie kiedy znaleziony sposób wydaje się równie logiczny jak ten przewidziany przez projektantów.
Order of the Sinking Star nagradza kreatywne myślenie, ale najchętniej wtedy, gdy myślimy dokładnie tak, jak zaplanowali autorzy.
Nie możesz rozwiązać zagadki? Idź gdzie indziej
Jedną z najmądrzejszych decyzji projektowych jest nieliniowa struktura świata. Cztery krainy rozchodzą się od centralnego obszaru, a gracz może wybierać, którym problemem chce się aktualnie zająć.
Ma to ogromne znaczenie, bo poziom trudności potrafi być bezlitosny.

Niektóre plansze rozwiązujemy niemal odruchowo. Inne wymagają spokojnego przeanalizowania kilkunastu zależności. Zdarzają się też takie, przy których można utknąć na bardzo długo, mimo że pozornie składają się z zaledwie kilku elementów.
Zamiast wymuszać wielogodzinne zmagania z jedną łamigłówką, gra pozwala odejść i zająć się czymś innym. Po powrocie problem często okazuje się łatwiejszy, bo rozwiązaliśmy po drodze inne zadania i zaczęliśmy lepiej rozumieć pewną mechanikę.
To znakomity sposób na utrzymanie zainteresowania. Nie ma tu typowej ściany, za którą nie dostaniemy się bez rozwiązania jednego konkretnego problemu.
Nie oznacza to jednak, że gra jest przystępna dla każdego. Brakuje klasycznego systemu podpowiedzi, a odkrywanie zasad stanowi ważną część zabawy. Jeśli nie lubicie spędzać kilkunastu minut nad jednym układem przedmiotów, Order of the Sinking Star bardzo szybko wystawi waszą cierpliwość na próbę.
Czy tysiąc zagadek to przypadkiem nie za dużo?
To chyba najważniejsze pytanie dotyczące całej produkcji.
Ponad tysiąc ręcznie zaprojektowanych łamigłówek brzmi jak spełnienie marzeń miłośnika gatunku. Problem polega na tym, że nawet bardzo dobre pomysły zaczynają męczyć, kiedy korzystamy z nich przez dziesiątki godzin.
Order of the Sinking Star nieustannie rozwija swoje zasady, ale podstawowa czynność pozostaje podobna. Przesuwamy obiekty, analizujemy zależności, próbujemy kolejnych ustawień i szukamy właściwej sekwencji ruchów.
Nie ma w tym nic złego. W końcu właśnie po to uruchamiamy grę logiczną. Tyle że przy tak wielkiej skali satysfakcja z rozwiązania kolejnej planszy może stopniowo maleć. Zwłaszcza kiedy po trudnym zadaniu okazuje się, że przed nami jeszcze kilkadziesiąt podobnych wyzwań.
Ostatecznie największa zaleta Order of the Sinking Star jest również jego największym problemem. To gra, która ma tak wiele do zaoferowania, że nie zawsze potrafi wyczuć odpowiedni moment na chwilę oddechu.
Z drugiej strony trudno krytykować ją za brak ambicji. Przy odpowiednim nastawieniu można traktować ten świat jak ogromny zbiór łamigłówek, do którego wraca się regularnie, zamiast próbować ukończyć wszystko jednym ciągiem.
I wydaje mi się, że właśnie tak najlepiej do niego podejść.
Historia, która pozostaje w cieniu zagadek
Twórcy próbują połączyć cztery światy również fabularnie. Spotykamy różnych bohaterów – wśród nich królową, złodzieja, wojownika, czarodzieja i gadającą łódź – odkrywamy fragmenty tajemnicy i stopniowo zaczynamy rozumieć, dlaczego pozornie odrębne krainy są ze sobą powiązane.
Nie uważam jednak, żeby historia była wystarczająco mocnym powodem do dalszej gry. Dialogi bywają rozwlekłe, nie każda postać jest interesująca, a kolejne informacje o świecie nie zawsze wywołują ciekawość porównywalną z tą, którą budzą mechaniki.
To szczególnie widoczne w zestawieniu z The Witness. Tam sama wyspa była zagadką, a eksploracja wzbudzała poczucie odkrywania czegoś niezwykłego. Tutaj większą część uwagi pochłaniają konkretne plansze. Świat stanowi dla nich atrakcyjną oprawę, ale rzadziej jest samodzielnym źródłem fascynacji.
Nie znaczy to, że prezentacja zawodzi. Wręcz przeciwnie. Poszczególne krainy są czytelne, mają własny styl i dobrze wykorzystują kolorystykę do odróżnienia elementów mechanicznych. Przy grze wymagającej tak dużej koncentracji przejrzystość obrazu jest ważniejsza od spektakularnych efektów.
Na uznanie zasługuje również udźwiękowienie. Muzyka pozostaje raczej dyskretna, a dźwięki wykonywanych akcji przyjemnie podkreślają kolejne próby rozwiązania zagadek. Gra nie próbuje nieustannie przyciągać naszej uwagi. Pozwala po prostu myśleć.
Szkoda natomiast braku polskiej wersji językowej, szczególnie że mamy tu dialogi i elementy opowieści, których zrozumienie wymaga znajomości jednego z obsługiwanych języków.
Dla kogo jest Order of the Sinking Star?
Nie dla każdego, i chyba nie powinno być.
Jeśli lubicie gry, które regularnie nagradzają nowym wyposażeniem, widowiskowymi scenami albo kolejnym fragmentem emocjonującej historii, możecie szybko poczuć się znużeni. Tutaj nagrodą jest przede wszystkim rozwiązanie problemu.
Czasami po kilku minutach rozumowania. Czasami po godzinie bezradnego przesuwania tych samych elementów.
Ale jeśli taka forma zabawy sprawia wam przyjemność, Order of the Sinking Star oferuje coś naprawdę wyjątkowego. Nie tylko ogromną liczbę zagadek, lecz także interesujący sposób ich łączenia. To produkcja, która zakłada, że gracz potrafi samodzielnie wyciągać wnioski, zapamiętywać reguły i stosować je w coraz bardziej skomplikowanych sytuacjach.
Podoba mi się, że nie próbuje nikogo przekonywać, iż rozwiązywanie łamigłówek powinno być łatwe. Jednocześnie chciałbym, żeby nieco częściej rozumiała różnicę między ambitnym wyzwaniem a niepotrzebnym przeciąganiem rozgrywki.
Werdykt
Order of the Sinking Star to jedna z najbardziej ambitnych gier logicznych ostatnich lat. Jej największym osiągnięciem nie jest sama liczba zagadek, lecz sposób, w jaki cztery różne zestawy zasad zaczynają ze sobą współpracować. Kiedy odkrywamy nieoczekiwane zastosowanie znanej mechaniki, trudno nie docenić kunsztu projektantów.
Nie wszystko jednak zasługuje na równie duże pochwały. Ogromna skala potrafi przytłoczyć, historia nie zawsze dostarcza wystarczającej motywacji do dalszej podróży, a niektóre zagadki zbyt mocno ograniczają swobodę eksperymentowania.
To gra stworzona z ogromną pewnością siebie. Wierzy, że tysiąc dobrze zaprojektowanych problemów wystarczy do zapewnienia setek godzin rozrywki. W przypadku najbardziej zagorzałych fanów gatunku może mieć rację.
Order of the Sinking Star potrafi zmęczyć bardziej niż niejedna wymagająca gra akcji, ale daje też satysfakcję, której trudno szukać gdzie indziej. To ogromny, inteligentnie zaprojektowany zbiór łamigłówek, w którym najcenniejszym ulepszeniem nie jest nowa umiejętność postaci, tylko coś, czego nauczyliśmy się podczas poprzedniej zagadki.
Nie trzeba rozwiązywać całego tysiąca zagadek, żeby docenić tę grę. Wystarczy kilka takich, przy których przez pół godziny nie widzimy wyjścia, a potem nagle wszystko staje się oczywiste.
Order of the Sinking Star kosztuje na Steamie 129,99 zł, a krytycy oceniają ją na 84 punkty w serwisie Metacritic. Gra nie ma polskiej wersji językowej – po polsku jest tylko opis w sklepie. Znajdziecie ją na stronie gry na Steamie, a więcej informacji na oficjalnej stronie gry.


