Back to the Dawn – recenzja

Mikołaj Czerwiński
4 minut czytania

Z grami więziennymi mam ten problem, że zwykle próbują być albo zbyt realistyczne, albo zbyt banalne. Albo muszę liczyć jedzenie na kalorie i znać prawa penitencjarne, albo robię jailbreak za pomocą kostki mydła i gumki recepturki. Ale Back to the Dawn? To zupełnie inna bajka. A raczej – inny wybieg dla lisów, żab, słoni i innych antropomorficznych kryminalistów.

Wcielam się w Thomasa, dziennikarza śledczego, który zostaje wrobiony i trafia za kratki. Już sam ten motyw przypomina mi najlepsze sezony Prison Break, ale tutaj klimat jest nieco bardziej… kreskówkowy, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Papierowy styl graficzny, z 2D postaciami na 3D tłach, działa jak balsam na moje oczy. Nie wiem, kto to wymyślił, ale zasługuje na awans.

Początek był jak skok do zimnej wody. Gra nie prowadzi mnie za rączkę, tylko wrzuca w sam środek konfliktu gangów. I bardzo dobrze – po godzinie już wiem, kto rządzi na bloku, komu nie ufać i że warto trzymać mydło w kieszeni. A potem zaczyna się prawdziwa gra.

To RPG z krwi i kości. Na początku wybieram „background” – byłem dziennikarzem wojennym, więc mam bonus do siły. Ale mógłbym też wybrać infiltratora, który lepiej radzi sobie z manipulacją. Każdy wybór naprawdę wpływa na rozgrywkę. A potem – siłka, handel kontrabandą, zaprzyjaźnianie się z innymi więźniami i planowanie ucieczki. Wszystko ma znaczenie.

Zadania są różnorodne – od przemycania pasty do zębów po demaskowanie sekty próbującej przywołać demony w piwnicy. Tak, dobrze czytasz. Demony. W więzieniu. Z żabą szamanem.

Co ciekawe, gra nagradza cierpliwość. Początkowo czułem się zagubiony. Ale z czasem poznałem rytm dnia, nauczyłem się, kiedy można trenować, a kiedy lepiej nie wychodzić z celi. Wypracowałem relacje – jedne przyjaźnie, inne toksyczne – i udało mi się zdobyć dostęp do najlepszego zakończenia. Ale wymagało to kombinowania, szukania odpowiednich przedmiotów, rozmów i… kilku nieudanych prób.

Walka? Tu jestem na nie. Turowa, klasyczna, ale raczej mało satysfakcjonująca. Większość starć kończyła się źle i ostatecznie uczyłem się rozwiązywać konflikty inaczej. Gra daje takie możliwości – można przekonać, zastraszyć, przemycić.

Co mnie urzekło najbardziej? NPC. Każdy ma swoją historię. Każdy to inna postać, nie tylko wizualnie – nie zapomnę rozmowy z wielbłądem-filosofem, który dawał mi lekcje życia między obieraniem ziemniaków. Gra bawi się konwencją, wrzuca żart tu i tam, ale jednocześnie zachowuje dramatyzm i napięcie.

Nie obyło się bez błędów – kilka razy gra się wykrzaczyła (grałem na Xboxie), raz trafiłem na tekst typu „text_1”. Ale to drobiazgi przy tak dużej zawartości. A że to wersja early access – daję fory, tym bardziej że twórcy regularnie łatają błędy.

Polecam? Zdecydowanie. Zwłaszcza jeśli lubisz RPG, w których masz dużo swobody, ale też musisz ponosić konsekwencje swoich działań. Tu każda decyzja zostawia ślad. I warto grać więcej niż raz – zakończenia są różne, a ścieżek mnóstwo.

Zamiast gładkiego symulatora ucieczki, dostałem brutalnie uczciwy i zabawny świat, który wciągnął mnie na dobre. To nie jest więzienie z kluczem pod wycieraczką. To dżungla. I jako lis, musiałem nauczyć się w niej przetrwać.

Podziel się tym artykułem
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *