Recenzja Killing Floor 3: Zed z przeszłości, pancerz z przyszłości

Mikołaj Czerwiński
5 minut czytania

Mam wrażenie, że jakakolwiek premiera gry w dzisiejszych czasach to zaproszenie na festiwal narzekania. „Za mało broni!”, „za mało map!”, „czemu nie ma opcji gotowania w tym FPS-ie?!”. I choć wielu graczy lubi dramatyzować, po kilku dniach z Killing Floor 3 mogę śmiało powiedzieć: spokojnie, to jest naprawdę solidny fundament. Nie przełom, nie rewolucja, ale… właśnie to, na co czekałem jako fan serii.

Wcielamy się tu w jednego z członków rebelianckiej grupy Nightfall, stawiającej czoła hordom mutantów stworzonych przez korporację Horzine. Klasyka. Zeds wracają – jeszcze bardziej śluzowaci, jeszcze bardziej rozwalalni. Schemat ten sam: fale przeciwników, kasa, zakupy między rundami, na końcu boss, a my z uśmiechem wciśniętym w kolbę ulubionej pukawki. A wszystko to w kooperacji do sześciu graczy.

Broń, która się czuje

Killing Floor 3 w Ultrawide wygląda świetnie

Największy plus? Gunplay. Strzelanie jest soczyste, satysfakcjonujące i bezlitośnie brutalne. Nowy system modyfikacji broni robi robotę. Zmodyfikowałem auto-shotguna Inżyniera – Bonebreaker – dodając tłumik, celownik i slug ammo. I nagle ta siejąca chaos maszynka zyskała na precyzji, a ja zacząłem strzelać jak John Wick na urlopie. Ograniczona liczba broni na start? Jasne. Ale każda z nich może być czymś więcej, jeśli tylko pobawisz się w warsztacie.

Perki zamiast bohaterów? Całe szczęście

Tripwire próbowało wcześniej zrobić z tego hero shootera – nie wyszło. Teraz wrócili do klasycznych perków i chwała im za to. Inżynier, Komandos, Medyk, Firebug, Sharpshooter i Ninja to solidna baza, choć brakuje mi Gunslingera czy Demolition. Ale jest nadzieja – wiele umiejętności i stylów walki zostało sprytnie wmieszanych w obecne klasy. Do tego skill tree dla każdej z nich rozwija się ciekawie, choć późniejsze levele wymagają grindzenia. Powiedzmy, że to tradycja serii – mniej przyjemna, ale znana.

Mapy i pułapki – czyli dlaczego latam po radarze z bananem na twarzy

Ósma mapa, Army Depot, w której odpala się gigantyczny wirnik mielący zedsów na pulpę – jeden z moich ulubionych momentów. Radar Station z automatycznymi wieżyczkami? Kapitalna sprawa. Nowe mapy są duże, różnorodne, pełne interaktywnych bajerów. Ale czasem… za duże. Bieganie do kapsuły zakupowej przez pół mapy między falami bywa irytujące. Zwłaszcza, gdy przypadkiem naciśniesz przycisk latarki i… przeskoczysz rundę. Tak, to ten sam przycisk. Kto to wymyślił?

Zeds 3.0 i bossowie z piekła rodem

Nowe projekty potworów robią robotę. Nie tylko wyglądają bardziej obleśnie, ale też reagują lepiej na obrażenia – odpadają im kończyny, ale jeszcze walczą. Efekt MEAT powrócił, choć nie ma już tej choreografii co w KF2 (gdzie np. Scrake tańczył jak Leatherface). Za to bossowie są świetni – Chimera, Impaler czy pajęcza Crawler Queen są unikalni, z fazami walki, teleportami i specjalnymi atakami. No i te egzekucje – zarówno nasze, jak i nasze. Warto ratować kumpli na czas, bo inaczej czeka ich brutalny finał.

Nie wszystko jednak błyszczy

Brakuje nowych podstawowych przeciwników – to tylko remixy z KF2. Homebase świeci pustkami, battle pass wygląda jakby ktoś zapomniał go dokończyć, a “gadżety” (czyli coś jak ult w Overwatchu) to temat z potencjałem, ale póki co słabo wykorzystany.

Największy minus? Atmosfera. KF3 chce być jak The Thing Carpentera – poważny, mroczny, realistyczny. Ale Killing Floor zawsze było trochę campowe, przerysowane i absurdalne. Gdzie są krzyki „loads’a’money!”? Gdzie zablokowane drzwi spawarką, żeby utknął tam twój kolega? Gdzie to poczucie, że gra jest robiona z przymrużeniem oka?

Więc co dalej?

KF3 to nie katastrofa. To świetna baza. Lepszy start niż KF2 miało kiedykolwiek. Tylko że tym razem nie tworzy tego zespół pełen pasji i absurdu – tylko chłodna, nowa wizja z „Nolanowym sznytem”. Ale jeśli Tripwire wróci do korzeni – do eventów pokroju Summer Sideshow, do większego luzu, do zabawy – to ten tytuł ma szansę być wielki.

A na razie? Polecam. Zagraj z ekipą. Przypomnij sobie, jak fajnie jest rozwalać zedsów i kończyć rundy z uśmiechem pełnym krwi.

Bo wiesz co? Nawet jeśli to nie jest jeszcze szczyt serii – to i tak cholernie dobrze się w to gra.

Podziel się tym artykułem
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *