Byłem w SCUM zanim to było modne. No dobra – zanim przestało być modne. Nabiłem tutaj więcej godzin niż chcę przyznać, znałem każdą ścieżkę, każdą piwnicę i każdą dziurę w płocie. I wiecie co? Z premierą wersji 1.0 powinienem poczuć ulgę, że to już koniec Early Accessowego piekła. A zamiast tego mam deja vu. Znowu biegam po tej samej wyspie, z tą samą mapą, tym samym interfejsem, tą samą frustracją i… tym samym pytaniem: co się właściwie zmieniło?
SCUM 1.0 to nie nowy rozdział

Jasne, z zewnątrz gra wygląda nieźle. 225 km² zróżnicowanego terenu, od gór po bunkry, od bagien po opuszczone miasteczka. Las szumi, mech tupie, zombie skrzeczy zza rogu. Nadal potrafi złapać za klimat. Ale 1.0 to nie rewolucja, tylko zmiana wersji w launcherze.
Obiecywano nowy system umiejętności – miało być pływanie, żeglarstwo, obsługa zwierząt, programowanie. Po premierze? Cała zakładka ze skillami… zniknęła. Nie to, że nie działa – po prostu nie ma jej wcale. A ja dalej nie mogę przeżyć swojego marzenia o jeździe konnej w postapokaliptycznym świecie. Serio, w DayZ już dawno dali konie, a tu?
Zombie jak ninja – pojawia się tam, gdzie go nie było
Jeśli miałbym dostać złotówkę za każdego zrespionego za plecami „puppeta”, to pewnie miałbym już własny serwer. System spawnów to nadal największy absurd tej gry – zombie potrafią pojawić się w środku pomieszczenia, sekundę po tym, jak je przeczyszczasz. Twórcy chwalili się nowym, „inteligentnym” systemem – że niby AI reaguje na dźwięk i obecność gracza. W praktyce? Nadal magicznie teleportują się 5 metrów od ciebie. A jak się uprą, to wyskoczą ci przez okno. Dosłownie.
Z jednej strony – super, że potrafią przeskakiwać przez parapet (i można to wyłączyć w opcjach). Z drugiej – niech najpierw nauczą się nie pojawiać się znikąd.
Walka wręcz to żart

Miecz, kij, łopata – wszystko wali w powietrze. Hitboxy są dziurawe jak ser szwajcarski, animacje rwane, a walka wręcz bardziej przypomina walkę pijanego z workiem ziemniaków. A przecież w survivalu to podstawa! Broń palna się kończy, a zombie nie czekają. Ale co z tego, skoro nawet z 2 metrów można chybić uderzenie pałką?
Mapa? Tylko dla harcerzy
Nie liczcie na to, że 1.0 przyniosło nową, interaktywną mapę. Nadal nie można dodać znaczników, zapisać notatek, a czasem nawet nie wiadomo, gdzie jesteśmy – bez kompasu jesteś ślepy. A to 225 km² ślepoty. W 2025 roku, w survivalu, który twierdzi, że jest „najbardziej realistyczny”? No błagam.
Usunięta zawartość – i cisza

Pamiętacie tatuaże postaci? Albo zarost, który rósł z czasem? Zniknęły. Kiedyś był sportowy motocykl, był ponton, był kultowy Hellrider. Wszystko usunięte i… nie wróciło. Nawet specjalny przedmiot influencera – maczeta Foostera – zniknęła i nie wróciła od dwóch lat. Niby bug, niby „kiedyś naprawimy”, ale wiecie jak to jest: jak coś znika w SCUM, to często już na dobre.
Ale wiecie co?
Ja i tak wracam.
Wracam, bo lubię gotować w tej grze. Serio – kombinowanie z przepisami, zbieranie składników, testowanie, jak wpłynie to na metabolizm mojej postaci – to daje satysfakcję. Lubię włóczyć się po mapie jak cyfrowy traper. Czasem przebieram się w niedźwiedzią skórę po polowaniu i czuję się jak bohater z opowieści przy ognisku. Ostatnio robię build pod skradanie i próbuję zostać cieniem z włócznią. Czy działa? Średnio. Czy bawi? Bardzo.
Moje wnioski?
SCUM to nadal jedna z najbardziej rozbudowanych symulacji survivalu na rynku. Ale wersja 1.0 to tylko nowy numerek. Gra nie dojrzała – po prostu się zestarzała. Jeśli jesteś nowy – wiedz, że to trudna, często niesprawiedliwa gra. Jeśli jesteś weteranem – pewnie i tak zostaniesz, bo nigdzie indziej nie ma aż tylu systemów pod maską.
Ale jeśli masz nadzieję, że 1.0 to nowy początek… Lepiej przestaw zegar. Bo tu czas płynie inaczej.