Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało, ale w którymś momencie Threefold Recital przestał być po prostu kolejną przygodową grą wizualną, a zaczął być czymś, co będę pamiętać latami. Tak, wiem, jak to brzmi – górnolotnie. Ale po kilku dniach od zakończenia rozgrywki nadal łapię się na tym, że nucę motyw z „My Own Way” i myślę o tych trójce bohaterów, jakby to byli starzy znajomi, z którymi rozwiązywałem tajemnicę świata. Bo w pewnym sensie… tak właśnie było.

Gra zabiera nas do orientalnego świata Bluescales – metropolii, gdzie magia, starożytna technologia i coś na kształt cyberpunkowej rzeczywistości tworzą miszmasz, który powinien się rozsypać pod ciężarem własnej ambicji. A jednak – to działa. Narracja jest tak dobrze poskładana, że nawet gdy pojawiają się smoki, zakony, inkarnacje i „atrament” jako metafora i zagrożenie, nie czujesz się przytłoczony. Czujesz się… wciągnięty.
Całość toczy się jak dobra opowieść detektywistyczna – bez leniwego retconowania, bez cudownych objawień znikąd. Wszystkie wskazówki są na stole od początku. To jak puzzle, które układasz z trójką głównych bohaterów – rodzeństwem rozdzielonym przez czas, ale nie przez więzi. To właśnie ich relacja jest jednym z największych plusów gry. Nikt nie musi tu mówić „kocham cię” – czuć to w sposobie, w jaki rozmawiają, jak się rozumieją i jak pozwalają sobie działać osobno, ufając sobie w stu procentach.

Sama rozgrywka? To coś więcej niż klikaj-do-przodu. Każda z postaci ma swoje umiejętności i własny styl prowadzenia śledztwa. A gra co chwila zaskakuje nową mechaniką – raz to mini-platformówka, innym razem logiczna łamigłówka. Moim osobistym faworytem był późniejszy dungeon ze sliding puzzle – coś jak skrzyżowanie Skyward Sword ze steampunkową wersją Sokoban. Mózg parował, ale satysfakcja była ogromna.
Pewne rzeczy jednak mogą dziwić. Po pierwsze – gra wygląda „futrzasto”. Bohaterowie to bestie, smoki, wilkołaki. I choć ktoś może się zniechęcić przez skojarzenia z furry subkulturą, nie trzeba być jej fanem, żeby docenić tę historię. Nie ma tu ani cienia seksualizacji czy taniego fanserwisu. To opowieść zbudowana na szacunku, ciepłym humorze i niesamowitym wyczuciu tonu.

Po drugie – angielska wersja (bo gra oryginalnie powstała w Chinach). Miałem pewne obawy, ale niesłusznie. Tłumaczenie jest dobre, a momentami wręcz błyskotliwe. Gra bawi się językiem, żartami, grami słownymi. Czasem zdarzy się literówka, ale to drobiazg w porównaniu z tym, jak dobrze ta lokalizacja oddaje ducha oryginału.
Czy są wady? Cóż… gra jest mocno osadzona w kulturze chińskiej i niektóre niuanse mogą umknąć zachodniemu graczowi. I może szkoda, że w tak licznej obsadzie tak niewiele miejsca przypadło postaciom kobiecym. Ale naprawdę – trudno mi się na cokolwiek poważnie złościć.
Po skończeniu czułem się po prostu spełniony. Historia ma swoje przesłanie, choć nigdy nie wykrzykuje go wprost. Mówi o pamięci, sztuce, braterstwie i sensie tworzenia. I mówi to na tyle subtelnie, że jeszcze długo po napisach końcowych będziesz o tym myśleć.
Threefold Recital to gra z sercem. Z mądrością. I z wilczym mnichem, który robi najgorsze – a przez to najlepsze – kalambury w historii gier. Zagrajcie. Nie musicie być fanami Ace Attorney, żeby się wciągnąć. Ale jeśli jesteście – pokochacie tę grę jeszcze bardziej.
No i Taiqing. Serio. Potrzebujemy więcej takich bohaterów.