Zaczynając przygodę z The Bridge Curse 2: The Extrication, miałem nadzieję na mrożący krew w żyłach horror osadzony w klimacie azjatyckich wierzeń. Pierwsze minuty gry tylko podsyciły moje oczekiwania – tajemniczy kampus Wen Hua University po zmroku, dziwaczne zniknięcia, a w tle opowieści o duchach i rytuałach. Wszystko zapowiadało się idealnie. Z każdym krokiem odkrywałem mroczne zakątki tego miejsca, a napięcie rosło. Jednak im głębiej wnikałem w historię, tym bardziej czułem, że coś zaczyna się rozmywać. Gra, która miała mnie wciągnąć do końca, zaczęła tracić tempo i niepokojący klimat, przez co poczułem lekki niedosyt.

Po kilku godzinach spędzonych z The Bridge Curse 2: The Extrication, muszę przyznać, że miałem mieszane odczucia. Gra zaczyna się naprawdę mocno, zbudowana na bazie tajwańskich wierzeń i kultury, co daje jej oryginalny klimat i sprawia, że wyróżnia się na tle innych horrorów. Początkowo atmosfera Wen Hua University po zmroku jest gęsta i przerażająca, a projekty duchów i postaci, jak tańcząca baletnica, są wręcz niezapomniane. Niestety, z czasem historia zaczyna się rozciągać i tracić na intensywności, co pozostawiło mnie z lekkim niedosytem.
Fabuła skupia się na reporterce Sue Lian, która trafia na tajemniczy trop zaginięcia studentki Huang Ting-ting. Wątek fabularny jest mocno osadzony w kulturze azjatyckiej, co jest dużym plusem dla osób szukających czegoś innego niż standardowy horror. Jednak sposób prowadzenia historii momentami wydawał się przeciągnięty. Miałem wrażenie, że rozdziały można by skrócić – szczególnie te mniej istotne, które nie posuwają fabuły do przodu. Niektóre sekcje, jak ta z baletnicą, były pełne napięcia i ciekawe, ale końcowe rozdziały trochę zbyt mocno odchodziły od klimatu grozy.

Gameplay w The Bridge Curse 2 opiera się głównie na eksploracji, rozwiązywaniu zagadek i unikaniu duchów. Podobało mi się, że zagadki były pomysłowe i wymagały spostrzegawczości, choć zdarzyło mi się kilka razy przypadkiem rozwiązać jedną z nich – co nie było jednak szczególnie frustrujące. W porównaniu do innych gier z gatunku horrorów, zagadki były zbalansowane i satysfakcjonujące do rozwiązania, bez przesadnego poziomu trudności.
Największy problem miałem z systemem AI oraz mechaniką „walki” z duchami. Anima Lantern, czyli latarnia, którą posługuje się główna bohaterka, pozwala na chwilowe ogłuszenie ducha, ale potem potrzebuje czasu na ponowne naładowanie. To sprawia, że można było łatwo „naciągnąć” przeciwników na stół, użyć latarni, a potem schować się, czekając, aż energia się odnowi. Niestety, takie uproszczenie odbierało trochę satysfakcji z budowania napięcia. Ostateczna walka z bossem, zamiast być punktem kulminacyjnym, okazała się rozczarowująca – boss gubił orientację i dawał się łatwo zmylić, co wprowadzało mnie raczej w lekkie rozbawienie niż strach.

Jeśli chodzi o porównanie do innych horrorów, to gra dobrze radzi sobie z klimatem na początku, ale potem wyraźnie brakuje jej tempa i konsekwencji. Na przykład w porównaniu do Fatal Frame czy Phasmophobia, które do końca utrzymują atmosferę grozy, tutaj fabuła się rozmywa. Podczas gdy postać baletnicy naprawdę zapada w pamięć, finałowy antagonista bardziej przypominał dziwacznego Enta niż przerażającego ducha, co kompletnie mnie wybijało z rytmu gry.
Z perspektywy mocnych stron warto podkreślić piękną oprawę graficzną oraz ciekawą estetykę inspirowaną kulturą tajwańską. Z drugiej strony, miałem problem z powolnym tempem fabuły oraz niedopracowanym AI przeciwników, które sprawiało, że trudność gry często była nierówna.
Podsumowując, The Bridge Curse 2: The Extrication ma potencjał jako gra grozy, ale niestety kilka elementów sprawia, że ciężko w pełni cieszyć się rozgrywką. Jeśli szukacie czegoś z azjatyckim klimatem i lubicie odkrywać tajemnice oparte na wierzeniach, warto spróbować, ale może lepiej skończyć na trzecim rozdziale, gdzie napięcie jest najwyższe.