Caroline Walker wraca. I to w formie, której nie spodziewał się nawet sam Diabeł. Tormented Souls 2 to gra, która od pierwszych minut krzyczy: „kocham stare horrory!”. Stałe kamery, powolne poruszanie się, manualne zapisy i zagadki tak absurdalne, że Einstein by się zawahał – wszystko tu jest. Ale czy ta podróż w przeszłość to faktycznie przyjemna nostalgia, czy raczej lekcja pokory dla współczesnego gracza?

Po kilku dniach z grą mogę śmiało powiedzieć: dawno żaden horror mnie tak nie zirytował… i jednocześnie tak nie wciągnął. Dual Effect dokładnie wiedziało, co robi. Tormented Souls 2 to list miłosny do Resident Evil i Silent Hill, z wszystkimi ich zaletami i wadami. Z jednej strony – fenomenalny klimat i atmosfera, od której włosy stają dęba. Z drugiej – sterowanie jak z 1998 roku i system zapisu, który doprowadza do rozpaczy.
Fabuła zaczyna się niewinnie. Caroline i jej siostra Anna trafiają do Villa Hess – mrocznego klasztoru, który wygląda jak miejsce, gdzie Netflix mógłby kręcić nowy sezon Midnight Mass. Chwilę później Anna znika, Caroline budzi się w szpitalnej sali, a wokół pojawiają się zakonnice z metalowymi maskami i potwory przypominające dzieła chorego rzeźbiarza. Typowa sobota w survival horrorze.
Historia jest mocno przesadzona, ale to właśnie jej kicz daje frajdę. Dialogi bywają drewniane, ale świat gry nadrabia atmosferą. Każde pomieszczenie ma swoją historię – a każde światło, którego brak, może kosztować życie. Caroline panicznie boi się ciemności. Jeśli zgasisz zapalniczkę choćby na sekundę, zaczyna panikować, a po chwili po prostu umiera. Ten mechanizm wymusza planowanie każdego kroku i sprawia, że nawet przejście przez korytarz staje się emocjonujące.

Zagadki to klasyka gatunku. Czasem genialne, czasem tak nielogiczne, że masz ochotę rzucić padem. Jedna z nich – z zamrożoną dłonią i szachowym kodem – to przykład, jak dobrze można połączyć klimat, eksplorację i myślenie. Ale są też momenty, gdy godzinami biegasz po klasztorze, bo zapomniałeś podnieść jakiegoś kawałka metalu. Tak, dokładnie tak jak w Resident Evil 2.
Walka? Cóż, powiedzmy, że to najstraszniejszy element gry – i nie w pozytywnym sensie. Caroline potrafi używać broni: gwoździarki, strzelby czy młota. Ale sterowanie i kamery sprawiają, że czasem giniesz nie z winy potwora, tylko perspektywy, która nagle się zmienia i wysyła cię prosto w ramiona wroga. Bossowie wyglądają świetnie, zwłaszcza ogromna zakonnica z krzyżem, ale starcia bywają frustrujące. Największym przeciwnikiem Caroline nie jest więc demon – tylko kamera.
Największy minus? System zapisu. Twórcy postanowili pójść w pełny oldschool i wprowadzili taśmy, które trzeba znaleźć, by zapisać postęp. Pomysł ciekawy, ale w praktyce potrafi złamać ducha. Przegrałem walkę po dwóch godzinach eksploracji i… wróciłem do punktu sprzed boss fightu. Wyłączyłem grę, a potem – nie będę kłamał – odinstalowałem ją. Nie dlatego, że była zła, tylko dlatego, że zbyt dobrze przypomniała mi, jak okrutne potrafiły być gry sprzed 20 lat.

Czy warto? Tak, jeśli kochasz klasyczne horrory i masz cierpliwość. Tormented Souls 2 to nie tytuł dla każdego. To gra, która wymaga skupienia, odwagi i – przede wszystkim – samodyscypliny. Za to daje coś, czego brakuje współczesnym tytułom: prawdziwe napięcie.
W porównaniu do Resident Evil 4 Remake czy Alone in the Dark, Tormented Souls 2 wygląda skromniej, ale nadrabia klimatem i pomysłami. Jest jak horror z VHS-u – trochę przestarzały, ale szczery.
Plusy:
- Świetny klimat i muzyka
- Trudne, satysfakcjonujące zagadki
- Niesamowita atmosfera starego horroru
- Mroczne, różnorodne lokacje
Minusy:
- Sztywny system zapisu
- Toporne sterowanie i kamery
- Frustrujące walki z bossami
Po kilku dniach z Tormented Souls 2 czuję się trochę jak Caroline – zmęczony, ale zadowolony, że przeżyłem. Nie jest to gra idealna, ale też nie próbuje nią być. To rasowy hołd dla klasyków i przypomnienie, że czasem warto wrócić do korzeni – nawet jeśli one trochę straszą.