MAVRIX to gra, która nie wybacza. Nie masz tu jednego przycisku na tricki i drugiego na turbo. Sterujesz ciałem zawodnika prawą gałką, rowerem – lewą. Próbowałeś kiedyś robić whip, łącząc je jak szalony pianista? Ja próbowałem. Efekt? Częściej lądowałem twarzą w drzewo niż kołami na ziemi. Ale wiecie co? W tym szaleństwie jest metoda. Po kilku godzinach zacząłem rozumieć, jak to działa. I gdy pierwszy raz idealnie „squashowałem” hopkę, poczułem się jak zawodowiec. Przez dwie sekundy. Potem znowu drzewo.
Early access z ambicjami

Niech was nie zmyli znaczek „early access”. Tu jest więcej zawartości niż w niejednym pełniaku. Mapy są ogromne, a trasy zaskakują różnorodnością – od technicznych singletracków, przez pełne drewnianych przeszkód northshory, aż po szybkie linie z flow jak w bikeparkach. Każdy znajdzie coś dla siebie, a jeśli nie znajdzie – to znaczy, że nie odblokował jeszcze wystarczająco wielu wyciągów.
Tak, wyciągi są. I są ważne. Bo MAVRIX to nie arcade, gdzie teleportujesz się na start. Tu najpierw musisz przejechać trasę, żeby móc wracać na górę. Czujesz ten klimat? Jak w realu – najpierw pocisz się na podjeździe, potem płaczesz ze szczęścia na zjeździe.
Sponsoring i kasa (czyli po co się tu spada)

Gra wprowadza ciekawy system sponsorów. Robisz tricki, wygrywasz wyścigi, zdobywasz uwagę marek takich jak Marin czy Insta360. A potem – kontrakty, nowe ciuchy, nowe rowery. Nie są to tylko kosmetyczne dodatki – zmieniają styl jazdy, odblokowują nowe wyzwania i dają poczucie progresu. Moola (waluta w grze) nie sypie się z nieba, więc każde nowe siodełko smakuje jak sukces.
Realizm, który nie przytłacza

MAVRIX balansuje na granicy symulacji i grywalności. Fizycznie trzeba się nauczyć, jak działa środek ciężkości, kiedy pompować, kiedy preloadować (czyli dociążać zawieszenie), ale jednocześnie gra nie wkurza absurdalnym realizmem. Po kilku godzinach człowiek czuje, że ogarnia. A kiedy spadasz – to nie dlatego, że gra jest zła, tylko że zrobiłeś coś głupiego.
No i jest humor. Twórcy nie biorą siebie zbyt serio – nazwy tras w stylu „Pineapple Hits”, komentarze w stylu Red Bulla i sam Matt, który wita nas z offu i opowiada o grze, jakbyśmy byli kumplami z klubu rowerowego.
A co boli?
Tak, to wciąż wczesna wersja. Czasem fizyka zaskakuje – wleciałem raz w drzewo i zostałem na nim jak krasnal ogrodowy. Animacje skoków bywają sztywne, a nauka tricków wymaga cierpliwości buddyjskiego mnicha. Brakuje też jakiejś bardziej zaawansowanej edycji postaci – na razie czuję się trochę jak jeden z klonów z zaplecza Red Bulla.
Czy warto?
Jeśli lubisz downhill, freeride, albo po prostu gry z duszą i fizyką, która nagradza naukę – bierz w ciemno. MAVRIX ma jeszcze kilka gór do zdobycia, ale już teraz daje ogrom frajdy. Zwłaszcza jeśli lubisz gry, w których każda trasa to nowe wyzwanie, a każdy obrót gałką może skończyć się efektownym fikołem w krzaki.
Ja zostaję. Jeszcze nie podpisałem kontraktu z Hellfair, ale jak tylko nauczę się robić backflipa na czarnej trasie – będą błagać, żebym nosił ich kask.