Ten kosmiczny sandbox ma JEDEN WKURZAJĄCY PROBLEM… ale i tak nie mogłem przestać grać

Mikołaj Czerwiński
6 minut czytania

Witajcie w kolejnym odcinku naszych galaktycznych wojaży! Dziś na tapet bierzemy Cubic Odyssey, najnowsze dziecko studia Atypical Games, które obiecuje nam otwarty wszechświat pełen eksploracji, craftingu i walki z tajemniczą Czerwoną Ciemnością. Czy ta kostkowata odyseja ma szansę zawojować nasze serca i dyski twarde, stając w szranki z gigantami gatunku jak No Man’s Sky czy Minecraft? Po kilkudziesięciu godzinach spędzonych na eksploracji proceduralnie generowanych planet, budowaniu baz i przedzieraniu się przez hordy wrogów, mam dla Was kilka przemyśleń.

Początkowe zetknięcie z Cubic Odyssey wywołuje znajome uczucie. Lądujemy na obcej planecie, otoczeni surowcami czekającymi na zebranie. Szybko jednak okazuje się, że twórcy nie bali się wprowadzić świeżych pomysłów. Wizualnie gra potrafi zaskoczyć. O ile powierzchnie planet bywają dość ascetyczne, to kosmos zapiera dech w piersiach. Spoglądanie na rozgwieżdżone niebo, pełne barwnych mgławic, potrafi zahipnotyzować. Jednak prawdziwą perełką wizualną są same planety – gigantyczne kostki, które w momencie zbliżania się do nich, magicznie transformują się w regularne mapy. Za każdym razem, gdy lądowałem, byłem pod wrażeniem tego efektu. To takie proste, a tak efektowne!

Każda planeta to unikalny biom. Nie znajdziemy tu zróżnicowanych stref klimatycznych na jednej kuli. Zamiast tego, każda planeta to odrębny świat z własnymi zasobami, florą i fauną. Jedna planeta może być pokryta głównie wodą, inna magmą, a jeszcze inna egzotycznymi, świecącymi grzybami. To sprawia, że eksploracja kolejnych światów jest zawsze ciekawa i pełna niespodzianek. Spotkałem tam urocze, futrzaste stworzenia, ale też takie, które z przyjemnością próbowały mnie zjeść. Różnorodność jest tu naprawdę spora.

Mechanika rozgrywki opiera się na zbieraniu surowców, craftingu i budowaniu. I tutaj Cubic Odyssey wprowadza kilka interesujących usprawnień, które umilają życie. Koniec z irytującym zbieraniem każdego kamyczka z osobna! System filtrów pozwala nam ignorować niechciane surowce. Mamy też wiernego towarzysza, skanującego otoczenie w poszukiwaniu cennych rud. A pod ziemią możemy jednym przyciskiem podświetlić pobliskie złoża. Do tego dochodzi plecak odrzutowy i możliwość natychmiastowego teleportu na statek. Te rozwiązania sprawiają, że te bardziej „przyziemne” aspekty gatunku stają się o wiele przyjemniejsze. Pamiętam, jak frustrowałem się w innych grach, mozolnie przekopując kolejne warstwy skał w poszukiwaniu jednego, konkretnego minerału. Tutaj jest to o wiele bardziej intuicyjne i satysfakcjonujące.

Niestety, nie wszystko świeci się jak kosmiczny pył. Jednym z bardziej irytujących elementów jest system zasilania oparty na bateriach. Wszystko – od narzędzi po statek – wymaga energii. Same baterie nie są trudne do wytworzenia, ale zajmują cenne miejsce w ekwipunku, ponieważ się nie stackują. Kilkukrotnie zdarzyło mi się, że w najmniej odpowiednim momencie zabrakło mi energii do jetpacka albo teleportu. Na szczęście, z czasem ten problem staje się mniej dotkliwy, bo wrogowie dość hojnie upuszczają baterie. Jednak początkowe godziny gry potrafią być przez to nieco frustrujące. To trochę tak, jakby ktoś wsadził mi kij w szprychy mojej kosmicznej hulajnogi.

System craftingu również ma swoje dziwactwa. Zamiast bezpośrednio tworzyć przedmioty z zebranych rud, często musimy najpierw wytworzyć z nich inne komponenty, które dopiero potem posłużą do stworzenia upragnionego narzędzia czy elementu bazy. Czasami czułem się, jakbym nie tworzył, a raczej przetwarzał bez końca. Gra na szczęście pozwala przypinać przepisy, co nieco ułatwia ten proces, ale i tak momentami jest to zwyczajnie przekombinowane.

Walka nie jest zbyt głęboka, ale potrafi być dynamiczna. Wrogowie korzystają z podobnego arsenału co my, więc musimy uważać na snajperów czy przeciwników z shotgunami. Początkowo, bez porządnego pancerza, łatwo zginąć. Później, z lepszym wyposażeniem, większość starć sprowadza się do eliminowania przeciwników z dystansu. Walki w przestrzeni kosmicznej zależą głównie od zapasu baterii do naszych laserów.

Po kilku dniach spędzonych z Cubic Odyssey mam mieszane uczucia. Z jednej strony, gra oferuje unikalne wizualne doznania, ciekawe pomysły na eksplorację i crafting oraz kilka naprawdę udanych usprawnień rozgrywki. Z drugiej strony, pewne decyzje projektowe, jak system baterii czy rozbudowany system craftingu, potrafią irytować, zwłaszcza na początku przygody.

Czy poleciłbym Cubic Odyssey? Jeśli lubicie gry survivalowe z otwartym światem i nie boicie się kilku „dziwnych” rozwiązań, to myślę, że możecie się dobrze bawić. Gra ma swój unikalny klimat i potrafi wciągnąć. Jednakże, jeśli szukacie czegoś bardziej „gładkiego” i intuicyjnego od samego początku, możecie poczekać na ewentualne aktualizacje.

Plusy:

  • Unikalna oprawa wizualna, zwłaszcza transformacja planet.
  • Ciekawe i różnorodne planety.
  • Wiele usprawnień rozgrywki ułatwiających eksplorację i crafting.
  • Wciągająca atmosfera i muzyka.

Minusy:

  • Irytujący system baterii, szczególnie na początku gry.
  • Przekombinowany system craftingu.
  • Walka mogłaby być bardziej rozbudowana.

Moje doświadczenie z Cubic Odyssey przypominało trochę podróż przez nieznany układ gwiezdny. Były momenty olśnienia, gdy odkrywałem nowe, fascynujące światy, ale zdarzały się też chwile frustracji, gdy musiałem walczyć z nieintuicyjnymi mechanikami. Mimo wszystko, czuję, że spędziłem z tą grą wartościowy czas. Jest w niej coś, co przyciąga i budzi ciekawość. Może to ta kostkowata inność, a może obietnica nieskończonej eksploracji.

Podziel się tym artykułem
1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *