Worms Armageddon: Anniversary Edition – czyli jak przekonać się do robaków po latach

Albert Wójcik
4 minut czytania

Nie wiem, jak to się stało, że nigdy nie grałem w pełną wersję Worms Armageddon. Miałem kiedyś przelot z jakąś wersją na Evercade (i to raczej było Worms Blast), ale nie zostawiło to po sobie większego śladu – raczej zawód niż zachwyt. A teraz, po latach, Digital Eclipse i Team17 wypuszczają Anniversary Edition – zestaw zremasterowanej gry, wersji GBC i dokumentu o historii serii. No to myślę: dobra, sprawdzę. I… przepadłem.

Na początek — wygląda to wszystko bardzo porządnie. Menu główne daje nam wybór: wersja HD, wersja z Game Boya i dokument. Wersja główna to klasyczne Armageddon z 1999 roku, ale dostosowane do nowoczesnych konsol – śmiga aż miło, nawet na moim 4K TV. Interfejs może trochę przypomina peceta z początku lat 2000, ale da się to przeboleć. A dźwięki? Wciąż genialne. Ten absurdalny humor robi robotę.

Tylko że zanim zaczniesz grać solo, trzeba przejść trening. I tu pojawił się pierwszy zgrzyt. Jeśli zawalisz którąkolwiek z misji treningowych – wracasz na początek. Serio? Dziewięć lekcji z rzędu, bez save’ów. Trochę archaicznie. Ostatecznie olałem kampanię i rzuciłem się w wir walk z botami. I wiesz co? Bawiłem się zaskakująco dobrze.

Mimo że to gra ewidentnie stworzona z myślą o multi, to i tak zdołała mnie wciągnąć. Jasne, AI czasem robi głupoty, a czasem wrzuca twojego robaka prosto do wody jak rasowy psychopata, ale przez to każda rozgrywka jest inna. Jednego dnia kończysz turę szarżą z bazooką, drugiego spuszczasz napalm na całą mapę. A śmierć przez własną minę? Norma.

Wersja GBC mnie zaskoczyła najbardziej. Odpaliłem ją z ciekawości, a grałem… za długo. Prostota tego portu działa na jego korzyść – szybciej łapie się zasady, ekran nie jest przeładowany, a widok z bliska lepiej sprawdza się na mniejszych ekranach. Mało trybów, ale za to można grać na zmianę na jednym padzie. Idealne na kanapowe posiedzenia.

Na deser dostajemy dokument o historii Wormsów. Są wywiady, zdjęcia z E3, skany notatek z czasów, gdy Andy Davidson jeszcze pichcił to na Amidze. Trochę szkoda, że nie wspomniano więcej o spin-offach (hej, a co z Worms Golf?), ale i tak dostajemy solidny kawał archiwum. Fani gier retro będą wniebowzięci.

Oczywiście, nie jest idealnie. Brak crossplayu w 2024 to minus. Sterowanie na padzie momentami bywa dziwne – np. celowanie z moździerza to zabawa w zgadywanie, czy robak przeżyje, czy nie. A kampania dla jednego gracza? Raczej ciekawostka niż pełnoprawny tryb.

Ale mimo tych wad, jestem pozytywnie zaskoczony. Worms Armageddon: Anniversary Edition to świetny powrót klasyka, który pokazuje, czemu ta seria była (i nadal jest) tak kochana. Nawet grając samemu miałem ubaw, a to przecież gra, która w pełni rozkwita dopiero przy wspólnym graniu z kumplami. Jeśli masz kogoś do grania – bierz w ciemno.

Czy zostałem fanem Wormsów? Może nie od razu. Ale przynajmniej teraz wiem, o co w tym całym Ninja Roping chodzi. I już nigdy nie powiem, że Worms 3D było najlepsze.

Podziel się tym artykułem
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *